wtorek, 2 września 2014
Episode 37: No matter what
Tego wieczoru "Noise" dało świetny popis na parkiecie. Jury nie miało wątpliwości, kto wypadł lepiej. Wszystkie wyszukane tricki i niespodzianki wprawiły widownię w zachwyt. A tancerze czuli się pewnie i swobodnie, wiedząc, że na sali są ich przyjaciele i fani. Druga drużyna nie miała żadnych szans. Zostali pokonani, ale powinni być w pewnym stopniu dumni z tego, że zostali wyeliminowani przez tak dobrą ekipę. Dean i jego paczka, po skończonej walce podziękowali rywalom za pojedynek. Zazwyczaj przegrani zmywają się z klubu nie chcąc słuchać ciągłych docinek na temat porażki. Jednak Dean postanowił to zmienić.
- Hej ludziska!- krzyknął, gdy już wbił się na konsolę- Dzięki, że jesteście tu dzisiaj z nami.
Na sali rozległy się okrzyki, brawa i gwizdy. Panował niezły chaos.
- Spokój tam na dole!- kontynuował z uśmiechem- Chcę też podziękować ekipie, która się z nami zmierzyła. Brawa dla Movers!
Widownia zaczęła buczeć i rzucać obelgi. Dean podniósł rękę do góry na znak, żeby przestali. Nastała cisza.
- Wyluzujcie- uspokajał tłum- Chyba nie do końca łapiecie o co tu chodzi. Ten turniej ma promować przede wszystkim taniec. Nie agresję. Ja jestem fanem tańca i jestem tancerzem. Moja ekipa też. Tak samo jak Movers. Wszyscy jesteśmy tu po to, żeby pokazać i zarazić was naszą pasją. Mam tylko jedną prośbę. Przyjmijcie nas miło- spojrzał na lidera rywali- Nas wszystkich. Hej Terry! Zbieraj swoich i usiądźcie z nami.
Ludzie w klubie spojrzeli po sobie. Na początku nie wiedzieli jak na to zareagować. Rose postanowiła coś z tym zrobić.
- Noise!- krzyknęła i wszyscy odwrócili się ku niej. Kiedy poczuła, że ma ich uwagę postanowiła ruszyć dalej- Movers! Noise! Movers!
Jo, Brian, Cassie, Kate, Win i nawet Alice podłapali ten rytm i przyłączyli się do dziewczyny. Następni byli tancerze z ekipy Dean'a. Potem dołączyli się członkowie Movers. Widownia również przyłączyła się do skandowania. Dean popatrzył na Rose i wyszeptał "Dzięki". Ona odesłała mu lekki uśmiech.
***
Rodzice Dylana przyjęli Natalie do swojego domu z ogromną radością. Pani van Beckhoven przyszykowała górę jedzenia i stertę czasopism dla młodych mam. Natalie zaczęła płakać.
- Złotko- odezwał się pan Beckhoven- Dobrze się czujesz?
- Najlepiej na świecie- wydusiła przez szloch.
- Jest bardzo zmęczona- skomentował Dylan- Chyba powinna się położyć.
- Oczywiście- przytaknęła matka- Pokażę ci twój pokój, a kolację przyniosę za chwilę.
- Dziękuję- uśmiechnęła się lekko dziewczyna.
Kiedy Dylan został z ojcem sam na sam, ten spoważniał.
- Wiesz, że to duża odpowiedzialność.
- Wiem, tato.
- Na pewno jesteś na to gotowy?
- Wiesz dobrze co do niej czułem. Nadal czuję.
- To zrozumiałe- westchnął ojciec- Jednak nie wiem czy jesteś do końca świadomy, że przez następne kilka lat nie będziesz mógł być zwykłym studentem. Zero imprez, zero kumpli, zero rozrywek. Tylko Natalie, dziecko i praca. To może być przytłaczające dla młodego człowieka.
- Chyba pozostaje mieć tylko nadzieję, że dam radę- uśmiechnął się lekko i ruszył do jadalni- Zwłaszcza, ze mam was.
- A ja mam nadzieję, że takie pozytywne myślenie cię nie opuści- pomyślał ojciec.
***
Charlie się obudziła. Wyjrzała za okno. Było już ciemno. Spojrzała na Andy'ego. Spał. Postanowiła delikatnie wyślizgnąć się z jego uścisku.
- Gdzieś się wybierasz?- zapytał otwierając oczy.
- Myślałam, że śpisz.
- Od 2 godzin tylko rozmyślam.
- Nad czym?
- Nad sobą. Nad tobą. Nad nami- spojrzał na nią czule i jego głos zadrżał- Myślałem, że nie wrócisz.
- Ja też- przyznała ze smutkiem- Ale zrozumiałam, że muszę, bo cię...
- Nie kończ tego zdania- przerwał jej zdecydowanym tonem i po chwili złagodniał- Proszę.
- Dlaczego?
- Nie chcę tego wiedzieć.
- Andy?
- Nie możesz tego robić- spojrzał na nią- Nie możesz mnie kochać. Nie mogę pozwolić, żebyś mnie kochała- wziął oddech- Jeśli coś mi się stanie będziesz strasznie cierpiała. Stracisz coś ważnego. Nie mogę ci zabrać tego uczucia wraz z sobą. Nie mogę. Rozumiesz?
Dziewczyna spojrzała na niego, potem za okno. Podniosła się i znów spojrzała w te jego ciemnoszare oczy.
- Chcesz, żebym była przy tobie, ale nie darzyła cię uczuciem? To nie ma sensu.
- Może i nie. Ale mimo wszystko potrzebuję twojej obecności.
- Zdajesz sobie sprawę, że to jest nie fair? Zrzucasz na mnie swój ciężar, dzielisz się sekretami, spędzasz ze mną czas, przytulasz, całujesz... Robisz to żeby ci było lepiej. Kim dla ciebie jestem? Pocieszeniem? Zabawką?
- Dobrze wiesz, że to nie tak.
- A jak?
- Charlie- popatrzył na nią ze smutkiem- Jesteś najcudowniejszą istotą, jaką w życiu poznałem. Nie chcę żeby moja choroba cię niszczyła. Nie wybaczyłbym sobie jeśli musiałabyś przeze mnie cierpieć.
- I dlatego mnie od siebie odpychasz? Chociaż chciałbyś mnie mieć przy sobie?
- Mniej więcej. Mam na uwadze w tej chwili twoje dobro.
- Dziękuję. Ale nie ty mnie do siebie przyciągnąłeś. Sama cię odszukałam. Sama tu przyszłam. Sama chciałam przy tobie zostać. Więc możesz chcieć, żebym odeszła, ale i tak tego nie zrobię.
Chłopak spojrzał w sufit. Charlie przyglądała się mu chwilę. Myślała nad tym, żeby wyjść. Ale wtedy dopiąłby swego. Nie mogła na to pozwolić, więc przytuliła się do niego.
- Kocham cię Andy- wydusiła.
- Och, Charlie- głos mu się załamał, a łza spłynęła po policzku.
***
Movers świetnie się bawili w towarzystwie Noise i ich przyjaciół. Już prawie zapomnieli o tym, że przegrali pojedynek. Może stracili szansę na wygraną, ale zyskali fajnych kumpli. W pewnym momencie koło ich stolików pojawia się wyczekiwany przez wszystkich tancerz.
- Siema Zack- krzyknął w jego stronę Dean.
Wtedy Rose obróciła głowę i zobaczyła przed sobą bardzo przystojnego chłopaka. Miał ciemne proste włosy i ciemnobrązowe oczy. Ubrany był w drogie, markowe ciuchy. Jak się na niego patrzyło miało się wrażenie, że jego ubranie układa się na nim idealnie. Jego włosy były idealne. Rysy twarzy również. Nawet to jak stał wyglądało... idealnie. Jakby się dłużej zastanowić to tak większość kobiet mogłaby wyobrazić sobie ideał mężczyzny. Z tych rozmyślań wyrwał ją dźwięk jego głosu. Był aksamitny, ale zarazem zdecydowany. Wprost... idealny.
- Imponujące- skomentował, gdy stanął bliżej nich wraz z kilkoma kolegami.
- Mówisz o układzie?- podniecił się lider.
- O tym co tu się dzieje. O atmosferze.
- Prawie zawsze tak to u nas wygląda- uśmiechnął się Dean- Na treningach też jest nieźle.
- Słyszałem o kilku waszych akcjach.
- I pewnie przypadły ci do gustu, co?
- Raczej tak. Są w moim stylu. Ale zastanawia mnie jedno- spojrzał na Rose- Laska sprawia, że więcej się dzieje, ale z wami nie tańczy. Nie zasłużyła, żeby być w ekipie?
- Laska ma imię- odezwała się Rose i zmroziła go spojrzeniem.
- Właśnie o tym mówię- puścił jej oko i rzucił uśmiech, który to lodowate spojrzenie roztopił- Masz w sobie ogień. Takie miejsca cię rozpalają i determinują. Już po twojej solowej bitwie zrobiło się o tobie głośno. Dzisiaj też coś się działo przed bitwą- uśmiechnął się szerzej- No i po. Stary- zwrócił się do lidera- Nie łapię tylko, czemu jej nie chcesz?
Dean nie wiedział co ma odpowiedzieć. Popatrzył na Rose, ona spojrzała na niego, a potem na Tony'ego. Chłopak przyglądał się nowemu i z miejsca go nie polubił. Bo niby za co miał go lubić? Za to, że jest arogancki czy za to że bajeruje jego dziewczynę?
- Ja...- zaczął Dean i rzucił co pierwsze mu przyszło do głowy- Nie werbuję pierwszaków.
- Ja jestem pierwszakiem- rozłożył ręce Zack- Przykro mi.
- Jesteś przecież 3 lata starszy.
- Jestem pierwszakiem na studiach- zaśmiał się lekko.
- Miałem na myśli, że nie młodszych od siebie- próbował się ratować Dean.
- Jestem młodszy- uśmiechnął się znowu- Duchem. Czuję się po prostu jakbym miał kilka lat mniej.
Na twarzy Deana i jego ekipy widać było zmieszanie. Zack i jego koledzy dobrze się bawili. Ciągle się śmiali.
- Daj sobie z nim spokój- wkurzyła się Rose- Pogrywa z tobą i jeszcze się napawa dumą- spojrzała na Zacka- Myśli, że jest pępkiem świata i bez niego nikt nie da rady.
- Bo to prawda- uśmiechnął się do niej i zwrócił do Deana- O której jutro próba?
- 17- odpowiedział z lekkim niedowierzaniem lider- Będziesz z nami tańczył?
- Jeśli ona tam będzie- rzucił jej ostatni uśmiech- Na razie.
Kiedy Zack i jego koledzy oddalili się do baru, Dean spojrzał pytająco na Rose. Od razu załapała o co mu chodzi.
- Nie ma mowy.
- No mała- odezwała się Gina- Daj spokój.
- No chyba was pogięło- oburzyła się.
- Nie wymagamy od ciebie wielkiego poświęcenia- odezwała się Jenna- Polubił cię i chce się zaprzyjaźnić. Czy to coś złego? Ja bym dużo dała, żeby chociaż chciał ze mną pogadać.
- Patrzył na nią jak na kawałek mięsa- odezwał się w końcu Tony i podniósł z miejsca.
Wszyscy śledzili jego ruchy. Tak jak się spodziewali, ruszył za Zackiem. Rose przestała na chwilę oddychać, nie wiedząc co się wydarzy.
- Hej- rzucił do Zacka- Nie powinieneś tak traktować ludzi.
- Słucham?
- Dobrze słyszałeś.
- Nie podskakuj, bo się rozmyślę. A wtedy twój kumpel nie będzie zadowolony.
- Myślisz, że mi na tobie zależy? Chcesz tańczyć w ekipie? Tańcz. Nie chcesz? To nie tańcz. Rób co chcesz, ale trzymaj się od niej z daleka.
- Aha. Tutaj zabolało- Zack szyderczo się uśmiechnął i popijał piwo. Tony zamówił whiskey i chciał się oddalić.
- Ona nie jest dla ciebie- rzucił po dłuższej chwili Zack.
- Powtarzaj to sobie- podszedł i szepnął mu do ucha Tony- Codziennie przed lustrem.
***
Dean wpadł do Alice z samego rana. Postanowił jeszcze raz pogadać z przyjaciółką o wczorajszej bójce z Rose.
- Mówiłem ci już, że wyglądasz jak wystraszony kurczak?- oparł się o futrynę w jej pokoju.
Dziewczyna podniosła się i zaczęła palcami czesać włosy. Tylko lekko się uśmiechnęła.
- Cześć- powiedziała w końcu- Coś się stało?
- Nie. To znaczy tak- usiadł obok niej na łóżku i wskazał obite miejsce na jej twarzy- Chcę pogadać o tym co działo się wczoraj.
- Wiem- spuściła głowę- Przesadziłam.
- Gadasz?- zaśmiał się lekko i po chwili spojrzał na nią poważniej- Chcę wiedzieć co tam dokładnie się wydarzyło. Wywnioskowałem tylko tyle, że sprzeczałaś się z Cassie a biłaś z Rose. Jak do tego doszło?
- Nie pamiętam co dokładnie mówiłam, ale ostrzegłam tę nową, żeby się na ciebie nie śliniła. A ona zaczęła się wściekać.
- Cassie?
- Tak- spojrzała na niego- A potem Rose chciała ją odciągnąć i rzucała w moją stronę obelgi.
- Rose?- zdziwił się Dean- To do niej nie podobne.
- Harvey- położyła rękę na jego ramieniu- Jeszcze tydzień temu powiedziałbyś, że jest najlepszą dziewczyną na świecie. A tymczasem widzisz co się dzieje.
- To nie ma z nami nic wspólnego.
- Właśnie, że ma- oczy jej zapłonęły- Zostawiła cię dla Tony'ego.
Te słowa uderzyły w niego z niespotykaną siłą. Wczoraj Alice też to mówiła, ale nie chciał jej wierzyć. Później obserwował tę dwójkę i nic nadzwyczajnego się nie działo. Czy to możliwe?
- Cassie powiedziała, że to ty go całowałaś. Z resztą Tony to babiarz i casanova.
- Właśnie. I to on pocałował mnie- skłamała- Byłam tak samo zaskoczona jak ty teraz. Nie wiem o co mu chodzi.
- Nie wierzę, że Tony mógł zrobić coś takiego.
- Tony?- zdziwiła się Alice- Jak Rose mogła ci to zrobić? Jest fałszywa i bezuczuciowa. Owinęła was sobie wokół palca i się wami bawiła.
- Nie wiem co o tym myśleć- zmieszał się.
- Zapytaj ją.
- Nie wiem czy to dobry pomysł- patrzył na niedokończone malowanie ścian w jej pokoju.
- Chyba najlepszy- przytuliła się do niego- Dasz radę. Masz przecież mnie.
- Wiem- uśmiechnął się do niej- Ty nigdy mnie nie zawiodłaś.
***
Rose przykleja kolejny plaster na swojej wardze. Nieźle się urządziła. Najpierw nielegalne graffiti, a teraz bójka. Zaczynam chyba powoli zmierzać w stronę marginesu społecznego- pomyślała. Po chwili dostała wiadomość:
" Wpadnij dziś do dziupli. Wiem, że Zack jest uciążliwy, ale dla mnie ważne jest, żeby go zwerbować. Mówiłaś, że nie chcesz zrywać ze mną kontaktu. Niech to będzie krok w stronę, żeby go utrzymać. Dean"
- Świetnie- powiedziała do siebie- Muszę się zakumplować z nieznośnym palantem, co prawda przystojnym, ale wciąż palantem, żeby nie stracić Deana. Tony będzie zachwycony- zaśmiała się nerwowo.
***
Win wpadł do domu Carterów na obiad. Po tym jak skończył oczarowywać Tiffany poszedł razem z Tonym do jego pokoju.
- Co zamierzasz zrobić z tym gogusiem?
- A możesz być bardziej precyzyjny?- spojrzał na niego Tony.
- No z tym pięknisiem, którego chce u siebie Dean.
- Zack.
- Dokładnie. Zack-Cudna Gęba.
- Czy ty aby nie jesteś zazdrosny?- zaśmiał się kumpel.
- Niby o co?
- Może o to, że znalazł się koleś przystojniejszy od ciebie.
- Nie ma takich. Dobrze o tym wiesz- powiedział z dumą Win i dodał- A nawet jeśli, to ty bardziej powinieneś się tym przejmować. W końcu ślinił się do twojej dziewczyny.
- Po pierwsze to nie ślinił się tylko rzucał chamskie komentarze, a po drugie ona nie jest moją dziewczyną.
- Ślinił się, nie ślinił, Nie ważne. Ważne, że włazi na twoje terytorium- zastanowił się- Czekaj coś ty powiedział? Dobrze słyszałem?! Rose nie jest twoją dziewczyną.
- Teoretycznie nie- wzruszył ramionami- Nie uporała się, a właściwie nie uporaliśmy się jeszcze z Deanem. Dopiero kiedy się o nas dowie będziemy mogli zachowywać się jak normalna para. Bez napięć i stresu, że ktoś może nas zobaczyć.
- No to załatw to z nim- powiedział bez uczuć Win- Dacie sobie po gębie i załatwione.
- Myślę, że Rose jest warta więcej niż jedna strzała.
- Czyli wnioskujesz, że dostaniesz od Deana niezły łomot?
- Całkiem możliwe.
- W co ona cię wpakowała?- zaśmiał się Win.
- Jakby nie patrzeć, sam się o to prosiłem.
- Fakt- przyznał mu rację i po chwili dodał- Skoro "teoretycznie" jesteś singlem to możemy lecieć na jakąś małą imprezkę. Hm?
- Może i możemy, ale nie chcemy.
- Ja chcę- uśmiechnął się szyderczo Win.
- Drzwi otwarte- wskazał mu ręką Tony.
- Czyli tak to będzie teraz wyglądać? Już koniec z naszym balowaniem? Teraz będziesz żył w celibacie?
- Kocham ją i jeśli tego będzie ode mnie wymagać- spojrzał poważnie na kumpla- To tak właśnie będzie.
- Dlaczego ja wam w ogóle pomagałem?- przewrócił oczami.
- Bo nie mogłeś patrzeć jak chodzę przybity? Bo mnie uwielbiasz? Bo chcesz żebym dostał od życia to co najlepsze? Bo chcesz patrzeć jaki jestem z nią szczęśliwy? Bo chcesz być drużbą na moim ślubie? Bo chcesz być ojcem chrzestnym moich dzieci?- mówiąc to coraz szerzej się uśmiechał.
- Ślub? Dzieci?! Czy ciebie już do reszty pogięło?
- Całkiem możliwe- śmiał się Tony, patrząc na minę Wina.
- Nie no- wstał i otrzepał, czyste jak łza, ubranie- Muszę się napić.
- Czemu?- uśmiechnął się szeroko kumpel- Boisz się, że ciebie też to czeka? Z Kate.
- Co się tak jej uczepiłeś?
- Bo chcę, żebyś przyznał, że ci się podoba. I wiem czemu. Jesteście identyczni. Pomijając to, że ona jest kobietą no i nie sypia z nowo poznanymi kobietami.
- Lepiej zajmij się sobą- odwarknął Win i ruszył do wyjścia.
- Nie uciekniesz przed tym- rzucił na koniec i powiedział do siebie- Choćbyś nie wiem jak próbował.
***
- Cześć Cassie- uśmiechnął się chłopak, gdy tylko otworzyła drzwi.
- Dean?
poniedziałek, 7 kwietnia 2014
Episode 36: Routine
Jo z samego rana postanowiła przyjść do Rose. Jak można być tak nieodpowiedzialnym i nie dawać znaku życia przez dwa dni. A do tego przecież Jo kryła ją przed jej rodzicami. Na szczęście kupili tę bajkę o nocowaniu. Nie raz się zdarzało, że dziewczyny nocowały u siebie nawzajem i ich rodzice nie mieli nic przeciwko temu. Darzyli je zaufaniem i niezbyt przyjemnie by było gdyby się dowiedzieli, że ich kochane córki ich okłamują.
Jo wyszła zza zakrętu i szła wzdłuż chodnika. Od razu zauważyła samochód stojący przed bramą wjazdową do domu Rose. O auto opierał się nikt inny jak Tony. W pewnym momencie chłopak się uśmiechnął i po chwili pojawiła się Rose. Podeszła do niego i go pocałowała. Jo nie mogła uwierzyć w to co widzi. Para ciągle się uśmiechała. Nie zwracali uwagi na to co się dzieje dookoła. Jakby poza nimi świat w ogóle nie istniał. Jo postanowiła podejść.
- Chyba mam halucynacje.
Oboje spojrzeli na przyjaciółkę.
- O! Cześć- odezwała się Rose.
- No- Jo podeszła do nich i klepnęła ręką w dach samochodu- Powiedzcie, co tam słychać, hm?
Tony spojrzał na Rose i zaczął się śmiać. Poczuł się jak dzieciak przyłapany przez nauczycielkę podczas pierwszego pocałunku z dziewczyną.
- Coś się działo ciekawego?- Jo brnęła dalej i nie ukrywała, że ma niezły ubaw z ich skrępowania.
Rose się uśmiechnęła.
- Całkiem sporo. Tak bym powiedział- śmiał się dalej Tony.
- Mówisz? Nie zauważyłam.
- Jo?- Rose przechyliła głowę na bok- Przestań już.
- Ale co? Ja się tylko pytam co tam u was- udaje skromną i niewinną- Bo wydaje mi się, że nie było z wami ostatnio kontaktu. Mylę się?
- No nie.
- A więc?
- Przepraszamy?- zapytał niepewnie Tony.
- I?
- I to się więcej nie powtórzy?- tym razem zapytała Rose.
- Jak wy się pięknie uzupełniacie- powiedziała z udawaną ironią- A tak serio, to co wyście sobie myśleli?! Odchodziłam od zmysłów. Nie wiedziałam gdzie jesteście, co się z wami dzieje. Dzwonię do ciebie w nocy i odbiera Tony. Mówi, że mam cię kryć. Myślałam, że coś ci się stało. Albo może ktoś cię porwał? Albo jeszcze lepiej, że wplątaliście się w jakieś porachunki gangów. A do tego nie pojawiliście się na drugi dzień w szkole. Mało nie dostałam zawału. Co to w ogóle był za pomysł?! Jak mogliście...
- Jo, oddech- złapała ją za ramiona Rose.
- Co?
- Oddech.
Jo zaczerpnęła powietrza i spojrzała z udawaną złością na przyjaciółkę.
- Już. Wszystko ze mną okej, Nic mi się nie stało- Rose ją przytuliła- Jest dobrze. Naprawdę dobrze.
- Nie chcę przerywać tej cudownej chwili- odezwał się Tony- ale jeśli chcemy zdążyć do szkoły musimy już jechać.
- Nie odzywaj się, bo to wszystko przez ciebie- walnęła go w ramię Jo.
- Jak to przeze mnie? Przecież nie zamknąłem jej u siebie w domu- dziewczyny popatrzyły na niego, a ten podrapał się w głowę- A może zamknąłem?
- Jedźmy już- przewróciła oczami Rose.
Wszyscy wsiedli do samochodu i ruszyli.
- Jaka jazda- pokręciła głową Jo- Tony i Rose. Razem. Co się tu wyrabia?
Rose i Tony spojrzeli po sobie i zaczęli się śmiać.
- Chyba do niej to jeszcze nie dotarło- skomentował chłopak.
- Dajmy jej ze 20 minut. Czasem wolno czai.
- Słyszałam.
***
Natalie dzisiaj czuje się bardzo słabo i postanawia zostać w domu. To zdarza się już po raz piąty w tym miesiącu. Pani Lawrance zaczyna się martwić o córkę.
- Może powinniśmy pojechać do szpitala?
- Nie. Nie trzeba.
- To pewnie zatrucie. Myślę, że trzeba to skonsultować z lekarzem.
- To nie zatrucie.
- Może mamy jakąś nieświeżą żywność w lodówce. Każę Bercie wszystko wyrzucić i zrobić zakupy.
- Nie mamy zepsutego jedzenia- próbuje coś powiedzieć Natalie.
- Może coś zjadłaś wczoraj, co mogło to wywołać.
- Mamo, to nie jest zatrucie.
- Kochanie- zwróciła się do męża Helen- Nasza córcia się rozchorowała.
- Nie jestem chora.
- Helen- powiedział pan Lawrance wchodząc do salonu i zapinając płaszcz- Bardzo się śpieszę, nie mam czasu. Jak zwykle przesadzasz. A ty Natalie, połóż się do łóżka i szybko wyzdrowiejesz.
- Nie jestem chora. Jestem w ciąży.
Rodzice spojrzeli po sobie.
- Co za bzdury wygadujesz słonko? Może masz gorączkę- matka podeszła do dziewczyny.
- Mam podwyższoną temperaturę, bo tak mają kobiety w ciąży- powiedziała po raz kolejny, tylko tym razem bardziej stanowczo.
- Natalie, powiedz mi, że żartujesz- ojciec spojrzał na nią z powagą.
- Nie- pokręciła głową- Za około 7 miesięcy urodzę dziecko.
Helen usiadła na kanapie nie mogąc uwierzyć w to co słyszy. Za to na twarzy jej męża rysowała się złość. Natalie wiedziała co nastąpi za chwilę. Zaczną na siebie krzyczeć i nawzajem się oskarżać, że to drugie nie potrafi wychować dziecka. Nie myliła się. Kłótnia to gwarantowana rzecz w momencie, kiedy dowiadują się, że ich córka coś przeskrobała. Tylko tym razem to jest o wiele poważniejsza sprawa. Dlatego dziewczyna nie chcąc słuchać ich krzyków i się tym denerwować, poszła do swojego pokoju. Z pod łóżka wyciągnęła walizkę i zaczęła pakować rzeczy. Po 15 minutach była gotowa do wyjścia. Rodzice kłócili się dalej. W pewnym momencie do salonu wszedł jakiś chłopak.
- Czy my się znamy?- zapytał go pan Lawrance- I kto cię tu w ogóle wpuścił?
- Ja- odezwała się Berta.
- A mogę wiedzieć czemu?
- Przecież to Dylan.
- To dużo wyjaśnia- powiedział z ironią i zwrócił się do chłopaka- Kim jesteś i czego chcesz?
- Jest moim chłopakiem- odezwała się Natalie i ruszyła w stronę Dylana.
- A na pytanie czego chcę- zwrócił się do jej ojca- Odpowiem, że dzięki pana córce mam już wszystko.
Rodzice Natalie spojrzeli po sobie i nie wiedzieli co mają zrobić.
- Nie kłóćcie się z mojego powodu- zaczęła dziewczyna- To moja sprawa i was to nie dotyczy. Wiem, że nie tego po mnie oczekiwaliście, ale nic nie poradzę. Stało się. A ja nie zamierzam z tego powodu rozpaczać. Wręcz przeciwnie. Będę się tym cieszyć.
- Nie możesz mieć dziecka. Jak ty to sobie wyobrażasz?! Co z twoją przyszłością?- pytała z rozpaczą matka.
- Po co ci ta walizka?- zapytał ojciec.
- Przeprowadzam się do Dylana.
- Słucham?!
- Dobrze słyszysz- przytaknęła dziewczyna- Nie chcę, żeby moje dziecko przebywało w takiej atmosferze. Nawet ja nie chcę tu przebywać. Ten dom to ciągłe kłótnie, pretensje i oskarżenia. A kiedy tylko go opuszczacie to gracie przez innymi idealną rodzinę. Mam tego dosyć. Tego waszego ciągłego dążenia do doskonałości. Zgadnijcie co? Nie da się nad wszystkim zapanować. Jestem tego najlepszym przykładem.
- Natalie, kochanie. Co ty mówisz?
- Wybacz mamo, ale nie chcę tu być. Jedyne co teraz od was dostanę to poczucie winy i tego, że was zawiodłam. A to mi w niczym nie pomoże. U rodziców Dylana zaznam chociaż odrobinę ciepła rodzinnego, które myślę, że mi się należy. Moje dziecko też będzie tego potrzebować. Tak więc, życzę miłego dnia i odwiedzę was jak oswoicie się z tą sytuacją.
- Natalie, proszę!- krzyknęła przez łzy Helen.
- Do widzenia państwu- odezwał się Dylan- Cześć Berta.
- Cześć maluchy.
Kiedy wyszli z domu Dylan przyglądał się Natalie.
- Jak się czujesz?
- Czuję ulgę. Od początku chciałam im wyznać prawdę, ale nie mogłam się zebrać na odwagę.
- Mogłaś poczekać na mnie. Ustaliliśmy, że powiemy im razem.
- Wiem, ale chyba chciałam sama zmierzyć się z tym co mnie najbardziej przerażało.
- I to zrobiłaś. Byłaś taka... pewna siebie, opanowana i zdecydowana.
- Myślisz, że przemawia przeze mnie instynkt macierzyński?
- Chyba bardziej twój silny charakter- pocałował ją- Lubię kiedy jesteś silna.
- Taka się czuję. A do tego też wolna... Myślisz, że to źle?
- Myślę, że postępujemy słusznie, a czy faktycznie tak jest to przekonamy się w najbliższym czasie.
***
- Patrzcie kto postanowił się pojawić- powiedział Win, gdy zobaczył Tony'ego.
- Siema stary.
- Gdzie jest Rose?
- Prawdopodobnie w drodze do klasy.
- Ale czemu?
- A czemu ma nie być?
- Byłem przygotowany na wielkie wejście. Nawet kupiłem szampana.
- Nic takiego nie będzie miało miejsca.
- Chyba nie łapię- przymrużył oczy Win- Coś się stało?
- Wszystko w porządku.
- No to jaki problem widzisz w tym, żeby wszyscy się o was dowiedzieli?
- Dobrze wiesz.
- Dean- pokiwał głową Win.
Obaj kumple patrzyli na siebie.
- Nie chcę go dołować. To mój kumpel. I lider mojej ekipy. Nie zasłużył na to.
- Niech zgadnę. To był pomysł Rose.
Tony nic nie odpowiedział.
- Nie wiem co ona w sobie ma, że godzisz się to znosić.
- Dobrze wiesz.
- Moim zdaniem nie powinieneś się na to zgodzić.
- Moment- Tony spojrzał na niego pytająco- Już nie jesteś po jej stronie?
- Nigdy nie byłem. Zawsze chodziło mi o ciebie i twoje szczęście.
- Jestem szczęśliwy.
- Ale nie wmówisz mi, że nie chcesz, żeby wszyscy o tym wiedzieli.
- Wystarczy mi, że ty o tym wiesz. Inni mnie nie obchodzą.
- Co ona ci zrobiła?- uśmiechnął się Win.
- Daj na luz. W końcu mam czego chciałem- uśmiechnął się szczerze- A co z tobą?
- Ze mną?
- Jak idą sprawy z Kate?
- Nie chcę być z Kate.
Tony zaczął się śmiać.
- No co? Mówię serio.
- Przypominasz mi jednego gościa, którego kiedyś znałem. Też nie chciał się przyznać do swoich uczuć.
- Kogo?
- Mnie z przez kilku dni- rzucił i ruszył w stronę szkoły.
- Chyba cię pogięło- krzyknął za nim Win.
***
Jackie dzisiaj również opuszcza dzień szkoły. Musiała pojechać do szpitala na rutynowe badanie krwi. Jej rodzice są zapracowani i nie mieliby czasu zajmować się córką, gdyby zachorowała. Dlatego co jakiś czas, wysyłają ją na badanie, żeby sprawdzić czy wszystko jest w porządku.
- Kiedy dostanę wyniki?- zapytała dziewczyna.
- Prawdopodobnie za kilka dni. Może wcześniej- odpowiedział lekarz- Zadzwonimy do ciebie.
- Jasne. Dziękuję bardzo. Do widzenia.
- Do widzenia.
Dziewczyna po wykonanych badaniach zawsze dostaje zwolnienie z zajęć w szkole. Tak więc warto wykorzystać ten czas. Chwyta za komórkę i dzwoni do Carmen.
- Zrywaj się z zajęć i idziemy na zakupy.
- Już się robi. Zabrać ze sobą dziewczyny.
- Jak chcesz i tak ich nie lubię.
- Okej. To do zobaczenia. Buziaczki.
- Buziaczki- przewróciła oczami- Pośpieszcie się.
***
Pora lunchu cztery przyjaciółki siadają przy jednym ze stolików.
- Nagrabiłaś sobie- założyła ręce Kate.
- Wiem- westchnęła Rose- Pewnie chcesz mnie teraz zabić.
- Oooo. Nie wyobrażasz sobie. Jestem tak wkurzona, że mogłabym cię zabić na dziesięć różnych sposobów.
- Daj spokój- uspokoiła ją Jo.
- Serio?- zapytała Cassie- Dziesięć?
Wszystkie trzy spojrzały na nią.
- Jasne. Żartowałaś. Załapałam.
- A więc- śmiała się Kate- Mów. Co się z tobą działo?
- Zrobiłam sobie wolne.
- Nie zauważyłam- przewróciła oczami przyjaciółka- Gdzie się podziewałaś?
- Byłam z Tonym- Rose uśmiechnęła się na samą myśl.
- Kolejna odpowiedź, której się nie spodziewałam- powiedziała z ironią.
- Dobra. Słuchajcie. Ale ani słowa- spojrzała na nie poważnie- Nikomu. Jasne?
- Jak słońce- odpowiedziała Jo.
- Pewnie. Mów.
- Okej. A więc zadzwoniłam do Wina...
***
Dzisiejszy dzień w szkole, dla Charlie, był istną męczarnią. Nie mogła skupić się na zajęciach. Myślała tylko o tym co powiedział jej Andy. O tym, że może go stracić. Dziewczyna zastanawia się co powinna zrobić. Odczekać, oswoić się z tym, pobiec i na niego nawrzeszczeć czy zaszyć się w domu i płakać. Zupełnie nie wie jak postąpić.
- Charlie? Znasz odpowiedź na to pytanie?
Dziewczyna otrząsnęła się z myśli i spojrzała z przerażeniem na nauczycielkę. Nie wiedziała o co właśnie ją zapytano. Duchem była w zupełnie innym miejscu.
- Charlie?
- Przepraszam, ale muszę wyjść.
Dziewczyna podniosła się i ruszyła bez słowa do drzwi. Kiedy wyszła ze szkoły wzięła głęboki oddech.
- I co teraz?- powiedziała do siebie.
Jednak nie musiała długo się zastanawiać. Ruszyła przed siebie. Jedynym miejscem, w którym chciała teraz być był dom Andy'ego. Złapała taksówkę i postanowiła tam pojechać. Kiedy zapukała, otworzyła pani Palmer. Żadna z nich nie odezwała się słowem. Kobieta wpuściła Charlie do środka i zniknęła w kuchni. Dziewczyna weszła do pokoju Andy'ego. Gdy tylko go zobaczyła, poczuła się o wiele lepiej. Spał. Wyglądał na zmęczonego, ale i spokojnego. Charlie przyglądała mu się chwilę, a potem delikatnie położyła się obok niego i się w niego wtuliła. Chłopak od razu się przebudził.
- Charlie? Co ty...
- Nic nie mów- nie dała mu dokończyć- Śpij.
Andy pocałował ją w czoło i zamknął oczy. Dziewczyna przytuliła się do niego jeszcze mocniej. Oboje tego potrzebowali.
***
- Okej. Jak wiecie, prawdopodobnie jutro będziemy mieć pierwszą bitwę- zaczął Dean- Jaki jest jej cel?
- Wygrana. To oczywiste.
- Punkt dla Scotta. Co jeszcze?
- Zwerbować Zacka.
- Punkt dla Giny.
- Po cholerę nam ten nadęty dupek- rzucił Tony wchodząc do kanciapy.
- A przepraszam kim ty jesteś?- zapytał Dean.
- Jak dobrze pamiętam to członkiem twojego zespołu.
- Jesteś pewien?
Cała ekipa popatrzyła na lidera. Nie wydawało się, że żartuje. Był całkiem poważny. To, że Tony opuścił kilka treningów, może źle wpłynąć na jutrzejszą bitwę.
- Słuchaj. Przepraszam. Miałem coś ważnego do zrobienia.
- Oświeć mnie. Co takiego jest ważniejszego od nas?
- To raczej prywatna sprawa.
- Wydaje mi się, ale chyba nie mamy w ekipie tajemnic. Mam rację?
Nikt się nie odezwał.
- Co z wami? Nagle zabrakło wam śliny?
- Harvey, wyluzuj. Każdy ma prawo do odrobiny prywatności- skomentował Nate.
- Jasne, ale jeśli to nie wpływa na innych. A przez jego nieobecność nie mogliśmy pracować.
- Przez twoją złość również- rzucił Tony.
- Do czego pijesz?
- Wkurzasz się na mnie i na resztę ekipy. Czepiasz się czegokolwiek, tylko po to, żeby wyładować złość. Przełknij to i nie zrzucaj tego na nas.
Dean spojrzał na Tony'ego zaciskając zęby. Miał rację. Nie radził sobie z emocjami i próbował ich tym obarczyć. Nie tak powinno to wyglądać. Jest liderem i ma im dawać przykład. Tylko czy jemu nie należy się też chwila słabości? Niestety nie jest człowiekiem ze stali i ma uczucia. Jednak to nie powinno wpływać na jego pracę.
- Zaczynajmy trening- powiedział w końcu- Nie zostało nam dużo czasu.
***
Kolejny dzień. Steven budzi się i rozgląda po pokoju. April siedzi przy stole i zakleja koperty.
- Co robisz?
- Adresuję zaproszenia.
- Przecież pobieramy się dopiero po nowym roku.
- Wiem, ale nie mogę się już doczekać- uśmiechnęła się do niego.
- Chodź do mnie.
- Dopiero jak skończę.
- Nie chcesz, żebym się podnosił i cię zmusił.
- Może właśnie chcę- spojrzała na niego i przygryzła wargę.
- Nie rób tego.
- Dlaczego?
Steven uśmiechnął się i podniósł z łóżka. Podszedł do niej i przerzucił przez ramię. Potem położył ją na łóżku i pocałował.
- Panie Shane, czy nie jest pan zbyt brutalny?
- Dopiero się rozkręcam- spojrzał jej w oczy- Przyszła pani Shane.
***
Brian pracuje nad scenariuszem do jednego z przedstawień. Pomaga mu w tym Jo. Jednak dziewczyna nie ma za bardzo ochoty na pisanie tekstu w sobotnie popołudnie.
- Wybierasz się na bitwę Tony'ego?
- Pewnie. A potem lecę na Marsa.
- Serio? A zabierzesz mnie ze sobą?
Chłopak spojrzał na nią z zażenowaniem.
- Wiesz, że żartowałem, nie?
- Z lotem na Marsa? Wiem. Z bitwą? Nie.
- I jednym i z drugim. Nie lubię takiego towarzystwa. Dobrze o tym wiesz.
- Wiem, ale myślę, że to o wiele ciekawsze od tego co robimy teraz.
- Sama chciałaś mi pomóc.
- Wiem, ale myślałam, że będzie w tym trochę zabawy.
- Kochanie, nie zawsze chodzi o zabawę.
Jo przyglądała mu się jak pilnie pisze, układa dialogi w głowie i przenosi je na papier. Chłopak podniósł głowę i spojrzał na dziewczynę.
- Co?
- Nudzę się.
- Nie trzymam cię tu siłą- uśmiechnął się- Możesz iść ze znajomymi na tę bitwę.
- Chcę iść z tobą.
- Jo daj już spokój.
- Nie uważasz, że... - próbowała znaleźć odpowiednie słowa.
- Hm?
- Nie uważasz, że wkradła się do nas rutyna?
- Co?- spojrzał na nią z uśmiechem.
- Spójrz. Widzimy się codziennie w szkole. Dostaję od ciebie całusa. Potem mamy próbę w teatrze. A wieczorami odrabiasz lekcje lub piszesz sztukę. Ja za to spotykam się wtedy ze znajomymi. Robimy codziennie to samo. To stało się strasznie nudne. Wydaje mi się, że nam czegoś brakuje.
- Mamy swoje obowiązki. To zrozumiałe, że poświęcamy im czas. Ja nie widzę w tym nic złego.
- Nie mówię, że to złe. A moglibyśmy się czasem postarać zrobić coś nieschematycznego.
- Nieschematycznego?
- No wiesz. Coś innego niż zwykle.
- Okej. Co powiesz na to, że zamiast głównymi drzwiami- zaczął się śmiać- do szkoły wejdziemy tylnymi?
- Spadaj- walnęła go w ramię- Ja mówię poważnie.
- Ja też. Nigdy tego nie robiłem. To będzie szalone.
Jo spojrzała na niego i założyła ręce.
- Dobra- pocałował ją- pójdziemy na tę bitwę.
- Serio?- podekscytowała się dziewczyna.
- Tak.
- Dzięki. Dzięki. Dzięki- ucieszyła się i mocno pocałowała go w policzek.
- Dobra. Już przestań. Najpierw pomóż mi skończyć ostatnią scenę.
- Jasne. Co ma w niej być?
- Mniej upierdliwej dziewczyny a więcej pracy.
- Bardzo śmieszne- wystawiła język.
***
Alice dostała smsa od Deana gdzie odbywa się bitwa. Czeka na niego i resztę ekipy przed klubem Push Power. Wtedy zauważa tę samą dziewczynę, z którą kilka dni temu umówił się jej przyjaciel. Postanawia do niej podejść.
Jo wyszła zza zakrętu i szła wzdłuż chodnika. Od razu zauważyła samochód stojący przed bramą wjazdową do domu Rose. O auto opierał się nikt inny jak Tony. W pewnym momencie chłopak się uśmiechnął i po chwili pojawiła się Rose. Podeszła do niego i go pocałowała. Jo nie mogła uwierzyć w to co widzi. Para ciągle się uśmiechała. Nie zwracali uwagi na to co się dzieje dookoła. Jakby poza nimi świat w ogóle nie istniał. Jo postanowiła podejść.
- Chyba mam halucynacje.
Oboje spojrzeli na przyjaciółkę.
- O! Cześć- odezwała się Rose.
- No- Jo podeszła do nich i klepnęła ręką w dach samochodu- Powiedzcie, co tam słychać, hm?
Tony spojrzał na Rose i zaczął się śmiać. Poczuł się jak dzieciak przyłapany przez nauczycielkę podczas pierwszego pocałunku z dziewczyną.
- Coś się działo ciekawego?- Jo brnęła dalej i nie ukrywała, że ma niezły ubaw z ich skrępowania.
Rose się uśmiechnęła.
- Całkiem sporo. Tak bym powiedział- śmiał się dalej Tony.
- Mówisz? Nie zauważyłam.
- Jo?- Rose przechyliła głowę na bok- Przestań już.
- Ale co? Ja się tylko pytam co tam u was- udaje skromną i niewinną- Bo wydaje mi się, że nie było z wami ostatnio kontaktu. Mylę się?
- No nie.
- A więc?
- Przepraszamy?- zapytał niepewnie Tony.
- I?
- I to się więcej nie powtórzy?- tym razem zapytała Rose.
- Jak wy się pięknie uzupełniacie- powiedziała z udawaną ironią- A tak serio, to co wyście sobie myśleli?! Odchodziłam od zmysłów. Nie wiedziałam gdzie jesteście, co się z wami dzieje. Dzwonię do ciebie w nocy i odbiera Tony. Mówi, że mam cię kryć. Myślałam, że coś ci się stało. Albo może ktoś cię porwał? Albo jeszcze lepiej, że wplątaliście się w jakieś porachunki gangów. A do tego nie pojawiliście się na drugi dzień w szkole. Mało nie dostałam zawału. Co to w ogóle był za pomysł?! Jak mogliście...
- Jo, oddech- złapała ją za ramiona Rose.
- Co?
- Oddech.
Jo zaczerpnęła powietrza i spojrzała z udawaną złością na przyjaciółkę.
- Już. Wszystko ze mną okej, Nic mi się nie stało- Rose ją przytuliła- Jest dobrze. Naprawdę dobrze.
- Nie chcę przerywać tej cudownej chwili- odezwał się Tony- ale jeśli chcemy zdążyć do szkoły musimy już jechać.
- Nie odzywaj się, bo to wszystko przez ciebie- walnęła go w ramię Jo.
- Jak to przeze mnie? Przecież nie zamknąłem jej u siebie w domu- dziewczyny popatrzyły na niego, a ten podrapał się w głowę- A może zamknąłem?
- Jedźmy już- przewróciła oczami Rose.
Wszyscy wsiedli do samochodu i ruszyli.
- Jaka jazda- pokręciła głową Jo- Tony i Rose. Razem. Co się tu wyrabia?
Rose i Tony spojrzeli po sobie i zaczęli się śmiać.
- Chyba do niej to jeszcze nie dotarło- skomentował chłopak.
- Dajmy jej ze 20 minut. Czasem wolno czai.
- Słyszałam.
***
Natalie dzisiaj czuje się bardzo słabo i postanawia zostać w domu. To zdarza się już po raz piąty w tym miesiącu. Pani Lawrance zaczyna się martwić o córkę.
- Może powinniśmy pojechać do szpitala?
- Nie. Nie trzeba.
- To pewnie zatrucie. Myślę, że trzeba to skonsultować z lekarzem.
- To nie zatrucie.
- Może mamy jakąś nieświeżą żywność w lodówce. Każę Bercie wszystko wyrzucić i zrobić zakupy.
- Nie mamy zepsutego jedzenia- próbuje coś powiedzieć Natalie.
- Może coś zjadłaś wczoraj, co mogło to wywołać.
- Mamo, to nie jest zatrucie.
- Kochanie- zwróciła się do męża Helen- Nasza córcia się rozchorowała.
- Nie jestem chora.
- Helen- powiedział pan Lawrance wchodząc do salonu i zapinając płaszcz- Bardzo się śpieszę, nie mam czasu. Jak zwykle przesadzasz. A ty Natalie, połóż się do łóżka i szybko wyzdrowiejesz.
- Nie jestem chora. Jestem w ciąży.
Rodzice spojrzeli po sobie.
- Co za bzdury wygadujesz słonko? Może masz gorączkę- matka podeszła do dziewczyny.
- Mam podwyższoną temperaturę, bo tak mają kobiety w ciąży- powiedziała po raz kolejny, tylko tym razem bardziej stanowczo.
- Natalie, powiedz mi, że żartujesz- ojciec spojrzał na nią z powagą.
- Nie- pokręciła głową- Za około 7 miesięcy urodzę dziecko.
Helen usiadła na kanapie nie mogąc uwierzyć w to co słyszy. Za to na twarzy jej męża rysowała się złość. Natalie wiedziała co nastąpi za chwilę. Zaczną na siebie krzyczeć i nawzajem się oskarżać, że to drugie nie potrafi wychować dziecka. Nie myliła się. Kłótnia to gwarantowana rzecz w momencie, kiedy dowiadują się, że ich córka coś przeskrobała. Tylko tym razem to jest o wiele poważniejsza sprawa. Dlatego dziewczyna nie chcąc słuchać ich krzyków i się tym denerwować, poszła do swojego pokoju. Z pod łóżka wyciągnęła walizkę i zaczęła pakować rzeczy. Po 15 minutach była gotowa do wyjścia. Rodzice kłócili się dalej. W pewnym momencie do salonu wszedł jakiś chłopak.
- Czy my się znamy?- zapytał go pan Lawrance- I kto cię tu w ogóle wpuścił?
- Ja- odezwała się Berta.
- A mogę wiedzieć czemu?
- Przecież to Dylan.
- To dużo wyjaśnia- powiedział z ironią i zwrócił się do chłopaka- Kim jesteś i czego chcesz?
- Jest moim chłopakiem- odezwała się Natalie i ruszyła w stronę Dylana.
- A na pytanie czego chcę- zwrócił się do jej ojca- Odpowiem, że dzięki pana córce mam już wszystko.
Rodzice Natalie spojrzeli po sobie i nie wiedzieli co mają zrobić.
- Nie kłóćcie się z mojego powodu- zaczęła dziewczyna- To moja sprawa i was to nie dotyczy. Wiem, że nie tego po mnie oczekiwaliście, ale nic nie poradzę. Stało się. A ja nie zamierzam z tego powodu rozpaczać. Wręcz przeciwnie. Będę się tym cieszyć.
- Nie możesz mieć dziecka. Jak ty to sobie wyobrażasz?! Co z twoją przyszłością?- pytała z rozpaczą matka.
- Po co ci ta walizka?- zapytał ojciec.
- Przeprowadzam się do Dylana.
- Słucham?!
- Dobrze słyszysz- przytaknęła dziewczyna- Nie chcę, żeby moje dziecko przebywało w takiej atmosferze. Nawet ja nie chcę tu przebywać. Ten dom to ciągłe kłótnie, pretensje i oskarżenia. A kiedy tylko go opuszczacie to gracie przez innymi idealną rodzinę. Mam tego dosyć. Tego waszego ciągłego dążenia do doskonałości. Zgadnijcie co? Nie da się nad wszystkim zapanować. Jestem tego najlepszym przykładem.
- Natalie, kochanie. Co ty mówisz?
- Wybacz mamo, ale nie chcę tu być. Jedyne co teraz od was dostanę to poczucie winy i tego, że was zawiodłam. A to mi w niczym nie pomoże. U rodziców Dylana zaznam chociaż odrobinę ciepła rodzinnego, które myślę, że mi się należy. Moje dziecko też będzie tego potrzebować. Tak więc, życzę miłego dnia i odwiedzę was jak oswoicie się z tą sytuacją.
- Natalie, proszę!- krzyknęła przez łzy Helen.
- Do widzenia państwu- odezwał się Dylan- Cześć Berta.
- Cześć maluchy.
Kiedy wyszli z domu Dylan przyglądał się Natalie.
- Jak się czujesz?
- Czuję ulgę. Od początku chciałam im wyznać prawdę, ale nie mogłam się zebrać na odwagę.
- Mogłaś poczekać na mnie. Ustaliliśmy, że powiemy im razem.
- Wiem, ale chyba chciałam sama zmierzyć się z tym co mnie najbardziej przerażało.
- I to zrobiłaś. Byłaś taka... pewna siebie, opanowana i zdecydowana.
- Myślisz, że przemawia przeze mnie instynkt macierzyński?
- Chyba bardziej twój silny charakter- pocałował ją- Lubię kiedy jesteś silna.
- Taka się czuję. A do tego też wolna... Myślisz, że to źle?
- Myślę, że postępujemy słusznie, a czy faktycznie tak jest to przekonamy się w najbliższym czasie.
***
- Patrzcie kto postanowił się pojawić- powiedział Win, gdy zobaczył Tony'ego.
- Siema stary.
- Gdzie jest Rose?
- Prawdopodobnie w drodze do klasy.
- Ale czemu?
- A czemu ma nie być?
- Byłem przygotowany na wielkie wejście. Nawet kupiłem szampana.
- Nic takiego nie będzie miało miejsca.
- Chyba nie łapię- przymrużył oczy Win- Coś się stało?
- Wszystko w porządku.
- No to jaki problem widzisz w tym, żeby wszyscy się o was dowiedzieli?
- Dobrze wiesz.
- Dean- pokiwał głową Win.
Obaj kumple patrzyli na siebie.
- Nie chcę go dołować. To mój kumpel. I lider mojej ekipy. Nie zasłużył na to.
- Niech zgadnę. To był pomysł Rose.
Tony nic nie odpowiedział.
- Nie wiem co ona w sobie ma, że godzisz się to znosić.
- Dobrze wiesz.
- Moim zdaniem nie powinieneś się na to zgodzić.
- Moment- Tony spojrzał na niego pytająco- Już nie jesteś po jej stronie?
- Nigdy nie byłem. Zawsze chodziło mi o ciebie i twoje szczęście.
- Jestem szczęśliwy.
- Ale nie wmówisz mi, że nie chcesz, żeby wszyscy o tym wiedzieli.
- Wystarczy mi, że ty o tym wiesz. Inni mnie nie obchodzą.
- Co ona ci zrobiła?- uśmiechnął się Win.
- Daj na luz. W końcu mam czego chciałem- uśmiechnął się szczerze- A co z tobą?
- Ze mną?
- Jak idą sprawy z Kate?
- Nie chcę być z Kate.
Tony zaczął się śmiać.
- No co? Mówię serio.
- Przypominasz mi jednego gościa, którego kiedyś znałem. Też nie chciał się przyznać do swoich uczuć.
- Kogo?
- Mnie z przez kilku dni- rzucił i ruszył w stronę szkoły.
- Chyba cię pogięło- krzyknął za nim Win.
***
Jackie dzisiaj również opuszcza dzień szkoły. Musiała pojechać do szpitala na rutynowe badanie krwi. Jej rodzice są zapracowani i nie mieliby czasu zajmować się córką, gdyby zachorowała. Dlatego co jakiś czas, wysyłają ją na badanie, żeby sprawdzić czy wszystko jest w porządku.
- Kiedy dostanę wyniki?- zapytała dziewczyna.
- Prawdopodobnie za kilka dni. Może wcześniej- odpowiedział lekarz- Zadzwonimy do ciebie.
- Jasne. Dziękuję bardzo. Do widzenia.
- Do widzenia.
Dziewczyna po wykonanych badaniach zawsze dostaje zwolnienie z zajęć w szkole. Tak więc warto wykorzystać ten czas. Chwyta za komórkę i dzwoni do Carmen.
- Zrywaj się z zajęć i idziemy na zakupy.
- Już się robi. Zabrać ze sobą dziewczyny.
- Jak chcesz i tak ich nie lubię.
- Okej. To do zobaczenia. Buziaczki.
- Buziaczki- przewróciła oczami- Pośpieszcie się.
***
Pora lunchu cztery przyjaciółki siadają przy jednym ze stolików.
- Nagrabiłaś sobie- założyła ręce Kate.
- Wiem- westchnęła Rose- Pewnie chcesz mnie teraz zabić.
- Oooo. Nie wyobrażasz sobie. Jestem tak wkurzona, że mogłabym cię zabić na dziesięć różnych sposobów.
- Daj spokój- uspokoiła ją Jo.
- Serio?- zapytała Cassie- Dziesięć?
Wszystkie trzy spojrzały na nią.
- Jasne. Żartowałaś. Załapałam.
- A więc- śmiała się Kate- Mów. Co się z tobą działo?
- Zrobiłam sobie wolne.
- Nie zauważyłam- przewróciła oczami przyjaciółka- Gdzie się podziewałaś?
- Byłam z Tonym- Rose uśmiechnęła się na samą myśl.
- Kolejna odpowiedź, której się nie spodziewałam- powiedziała z ironią.
- Dobra. Słuchajcie. Ale ani słowa- spojrzała na nie poważnie- Nikomu. Jasne?
- Jak słońce- odpowiedziała Jo.
- Pewnie. Mów.
- Okej. A więc zadzwoniłam do Wina...
***
Dzisiejszy dzień w szkole, dla Charlie, był istną męczarnią. Nie mogła skupić się na zajęciach. Myślała tylko o tym co powiedział jej Andy. O tym, że może go stracić. Dziewczyna zastanawia się co powinna zrobić. Odczekać, oswoić się z tym, pobiec i na niego nawrzeszczeć czy zaszyć się w domu i płakać. Zupełnie nie wie jak postąpić.
- Charlie? Znasz odpowiedź na to pytanie?
Dziewczyna otrząsnęła się z myśli i spojrzała z przerażeniem na nauczycielkę. Nie wiedziała o co właśnie ją zapytano. Duchem była w zupełnie innym miejscu.
- Charlie?
- Przepraszam, ale muszę wyjść.
Dziewczyna podniosła się i ruszyła bez słowa do drzwi. Kiedy wyszła ze szkoły wzięła głęboki oddech.
- I co teraz?- powiedziała do siebie.
Jednak nie musiała długo się zastanawiać. Ruszyła przed siebie. Jedynym miejscem, w którym chciała teraz być był dom Andy'ego. Złapała taksówkę i postanowiła tam pojechać. Kiedy zapukała, otworzyła pani Palmer. Żadna z nich nie odezwała się słowem. Kobieta wpuściła Charlie do środka i zniknęła w kuchni. Dziewczyna weszła do pokoju Andy'ego. Gdy tylko go zobaczyła, poczuła się o wiele lepiej. Spał. Wyglądał na zmęczonego, ale i spokojnego. Charlie przyglądała mu się chwilę, a potem delikatnie położyła się obok niego i się w niego wtuliła. Chłopak od razu się przebudził.
- Charlie? Co ty...
- Nic nie mów- nie dała mu dokończyć- Śpij.
Andy pocałował ją w czoło i zamknął oczy. Dziewczyna przytuliła się do niego jeszcze mocniej. Oboje tego potrzebowali.
***
- Okej. Jak wiecie, prawdopodobnie jutro będziemy mieć pierwszą bitwę- zaczął Dean- Jaki jest jej cel?
- Wygrana. To oczywiste.
- Punkt dla Scotta. Co jeszcze?
- Zwerbować Zacka.
- Punkt dla Giny.
- Po cholerę nam ten nadęty dupek- rzucił Tony wchodząc do kanciapy.
- A przepraszam kim ty jesteś?- zapytał Dean.
- Jak dobrze pamiętam to członkiem twojego zespołu.
- Jesteś pewien?
Cała ekipa popatrzyła na lidera. Nie wydawało się, że żartuje. Był całkiem poważny. To, że Tony opuścił kilka treningów, może źle wpłynąć na jutrzejszą bitwę.
- Słuchaj. Przepraszam. Miałem coś ważnego do zrobienia.
- Oświeć mnie. Co takiego jest ważniejszego od nas?
- To raczej prywatna sprawa.
- Wydaje mi się, ale chyba nie mamy w ekipie tajemnic. Mam rację?
Nikt się nie odezwał.
- Co z wami? Nagle zabrakło wam śliny?
- Harvey, wyluzuj. Każdy ma prawo do odrobiny prywatności- skomentował Nate.
- Jasne, ale jeśli to nie wpływa na innych. A przez jego nieobecność nie mogliśmy pracować.
- Przez twoją złość również- rzucił Tony.
- Do czego pijesz?
- Wkurzasz się na mnie i na resztę ekipy. Czepiasz się czegokolwiek, tylko po to, żeby wyładować złość. Przełknij to i nie zrzucaj tego na nas.
Dean spojrzał na Tony'ego zaciskając zęby. Miał rację. Nie radził sobie z emocjami i próbował ich tym obarczyć. Nie tak powinno to wyglądać. Jest liderem i ma im dawać przykład. Tylko czy jemu nie należy się też chwila słabości? Niestety nie jest człowiekiem ze stali i ma uczucia. Jednak to nie powinno wpływać na jego pracę.
- Zaczynajmy trening- powiedział w końcu- Nie zostało nam dużo czasu.
***
Kolejny dzień. Steven budzi się i rozgląda po pokoju. April siedzi przy stole i zakleja koperty.
- Co robisz?
- Adresuję zaproszenia.
- Przecież pobieramy się dopiero po nowym roku.
- Wiem, ale nie mogę się już doczekać- uśmiechnęła się do niego.
- Chodź do mnie.
- Dopiero jak skończę.
- Nie chcesz, żebym się podnosił i cię zmusił.
- Może właśnie chcę- spojrzała na niego i przygryzła wargę.
- Nie rób tego.
- Dlaczego?
Steven uśmiechnął się i podniósł z łóżka. Podszedł do niej i przerzucił przez ramię. Potem położył ją na łóżku i pocałował.
- Panie Shane, czy nie jest pan zbyt brutalny?
- Dopiero się rozkręcam- spojrzał jej w oczy- Przyszła pani Shane.
***
Brian pracuje nad scenariuszem do jednego z przedstawień. Pomaga mu w tym Jo. Jednak dziewczyna nie ma za bardzo ochoty na pisanie tekstu w sobotnie popołudnie.
- Wybierasz się na bitwę Tony'ego?
- Pewnie. A potem lecę na Marsa.
- Serio? A zabierzesz mnie ze sobą?
Chłopak spojrzał na nią z zażenowaniem.
- Wiesz, że żartowałem, nie?
- Z lotem na Marsa? Wiem. Z bitwą? Nie.
- I jednym i z drugim. Nie lubię takiego towarzystwa. Dobrze o tym wiesz.
- Wiem, ale myślę, że to o wiele ciekawsze od tego co robimy teraz.
- Sama chciałaś mi pomóc.
- Wiem, ale myślałam, że będzie w tym trochę zabawy.
- Kochanie, nie zawsze chodzi o zabawę.
Jo przyglądała mu się jak pilnie pisze, układa dialogi w głowie i przenosi je na papier. Chłopak podniósł głowę i spojrzał na dziewczynę.
- Co?
- Nudzę się.
- Nie trzymam cię tu siłą- uśmiechnął się- Możesz iść ze znajomymi na tę bitwę.
- Chcę iść z tobą.
- Jo daj już spokój.
- Nie uważasz, że... - próbowała znaleźć odpowiednie słowa.
- Hm?
- Nie uważasz, że wkradła się do nas rutyna?
- Co?- spojrzał na nią z uśmiechem.
- Spójrz. Widzimy się codziennie w szkole. Dostaję od ciebie całusa. Potem mamy próbę w teatrze. A wieczorami odrabiasz lekcje lub piszesz sztukę. Ja za to spotykam się wtedy ze znajomymi. Robimy codziennie to samo. To stało się strasznie nudne. Wydaje mi się, że nam czegoś brakuje.
- Mamy swoje obowiązki. To zrozumiałe, że poświęcamy im czas. Ja nie widzę w tym nic złego.
- Nie mówię, że to złe. A moglibyśmy się czasem postarać zrobić coś nieschematycznego.
- Nieschematycznego?
- No wiesz. Coś innego niż zwykle.
- Okej. Co powiesz na to, że zamiast głównymi drzwiami- zaczął się śmiać- do szkoły wejdziemy tylnymi?
- Spadaj- walnęła go w ramię- Ja mówię poważnie.
- Ja też. Nigdy tego nie robiłem. To będzie szalone.
Jo spojrzała na niego i założyła ręce.
- Dobra- pocałował ją- pójdziemy na tę bitwę.
- Serio?- podekscytowała się dziewczyna.
- Tak.
- Dzięki. Dzięki. Dzięki- ucieszyła się i mocno pocałowała go w policzek.
- Dobra. Już przestań. Najpierw pomóż mi skończyć ostatnią scenę.
- Jasne. Co ma w niej być?
- Mniej upierdliwej dziewczyny a więcej pracy.
- Bardzo śmieszne- wystawiła język.
***
Alice dostała smsa od Deana gdzie odbywa się bitwa. Czeka na niego i resztę ekipy przed klubem Push Power. Wtedy zauważa tę samą dziewczynę, z którą kilka dni temu umówił się jej przyjaciel. Postanawia do niej podejść.
Subskrybuj:
Posty (Atom)